— Niech jej tam Bóg sekunduje! Nie mam do niej urazy! Nie pierwsza to dla mnie rekuza, a dla niej pierwsza boleść. Niebożątko ledwie zipie od trosków, jeszczem jej oczy wykłół tym Kmicicem i do reszty żółcią napoił. Nie godziło mi się tego czynić i naprawić wypada. Bodaj mnie kule biły, bom pogrubijańsku postąpił.
Tydzień temu Sławek przyszedł do mnie po raz pierwszy od rozwodu – to mój były mąż. Byłam bardzo zaskoczona i nie wiedziałam jak się zachować. Miał do mnie niespodziewaną prośbę. Tym bardziej dziwne, że przez te wszystkie lata w ogóle się nie komunikowaliśmy, a rozstaliśmy się w bardzo nieprzyjemnej atmosferze.
Trzecim z przyjaciół jest Sofar z Naamy. Zarzuca przyjacielowi zuchwałość, nikt nie jest bez grzechu, a on twierdzi inaczej. Bóg jako Wszechmogący wie wszystko i na pewno się nie myli. Musi przeprosić Stwórcę i się nawrócić, aby odzyskać zdrowie. Hiob ma żal do przyjaciół, którzy mówią, jakby go nie znali.
Podnieś mnie Jezu: Podnieście wzrok ku górom: Póki mego życia: Pokładam w Panu ufność mą: Pokochajcie Jezusa: Pokój Chrystusowy: Pokój daję wam: Pokój jak rzeka: Pokój Wam: Pokój zostawiam wam: Pokołysanka: Połóż mnie jak pieczęć na swym sercu: Ponad majestat aniołów: Porwałeś mnie: Posłuchaj córko: Posłuchaj Mnie
Ja jestem tym, który przyszedł, aby ci bronić przejazdu, albowiem droga twoja jest dla ciebie zgubna 4. 33 Oślica ujrzała mnie i trzy razy usunęła się z drogi. Gdyby się nie usunęła, byłbym cię dawno zabił, a ją przy życiu zostawił». 34 Rzekł więc Balaam do anioła Pana: «Zgrzeszyłem. Nie wiedziałem, że ty stanąłeś
13 I stało się tak, jak nam je wytłumaczył: mnie przywrócił [faraon] na mój urząd, a jego powiesił». 14 Wtedy faraon kazał wezwać Józefa. Wyprowadzono go więc pospiesznie z lochu, a on, ogoliwszy się oraz zmieniwszy szaty, przyszedł do faraona. 15 Faraon rzekł do Józefa: «Miałem sen, którego nikt nie umie wytłumaczyć. Ja
Podobnie jak Psalm 63, mówi o odczuwanym przez człowieka wielkim pragnieniu Boga, przyrównywanym do suchej ziemi: jak zeschła ziemia pragnie Cię moja dusza, albo do chorego, który omdlewa z pragnienia wody: Wyciągam do Ciebie ręce; Wysłuchaj mnie prędko, Panie; Daj mi już o świcie doznać łaski Twojej, bo w Tobie pokładam nadzieję.
xIGjzSj. Zawsze miałem pragnienie odmówić tą modlitwę przynajmniej przez cały jeden rok. Pan Bóg daje niesamowite obietnice dla osób, które odmówią ją w ciągu roku. Szczęść Boże, chciałem Wam opowiedzieć jak Nabożeństwo 15 Modlitw Św. Brygidy (Modlitwa Szczęścia) odmieniła moje życie. Jest to 15 modlitw odmawianych w ciągu roku wraz z modlitwą Ojcze nasz i Zdrowaś Maryjo, aby uczcić każdą ranę, ile nasz Zbawiciel otrzymał ciosów (5480) podczas swojej bolesnej Męki. Modlitwę tą chciałem już odmawiać w 2011 roku, jednak nigdy nie była ona regularna, nigdy nie była codzienna. Odczuwałem już wtedy głęboki pokój w sercu, stałem się mniej nerwowy, bardziej zacząłem kochać ludzi i doceniać życie. Zawsze miałem pragnienie odmówić ją przynajmniej przez cały jeden rok. Pan Bóg daje niesamowite obietnice dla osób, które odmówią tą modlitwę w ciągu roku: Uwolni 15 dusz ze swej rodziny z czyśćca. 15 sprawiedliwych spośród krewnych zostanie potwierdzonych i zachowanych w łasce. 15 grzeszników spośród krewnych zostanie nawróconych Osoba, która zmówi te modlitwy, osiągnie pewien stopień doskonałości. Już na 15 dni przed śmiercią będzie przeżywała szczery żal za wszystkie popełnione grzechy z świadomością ich ciężkości. Na 15 dni przed śmiercią dam jej Moje najświętsze Ciało, ażeby przez Nie została uwolniona od głodu wiecznego oraz dam jej Moją drogocenną Krew do picia, by na wieki nie doznała dokuczliwego pragnienia. Położę przed nią Mój zwycięski Krzyż jako pomoc i obronę przeciw zasadzkom nieprzyjaciół. Przed jej śmiercią przyjdę do niej z Moją najdroższą i ukochaną Matką. Przyjmę z dobrocią jej duszę i zaprowadzę do wiecznej radości. Zaprowadziwszy ją tam, dam jej kosztować z przedziwnej studni Mojej Boskości, czego nie uczynię tym, którzy nie odmawiali tych czy podobnych modlitw. Trzeba wiedzieć, że choćby ktoś żył przez 30 lat w grzechu, lecz potem skruszonym sercem odmawiałby pobożnie te modlitwy albo przynajmniej powziął postanowienie ich odmawiania, Pan mu odpuści jego grzechy. Obroni go przed zgubnymi pokusami. Zachowa mu pięć zmysłów. Uchroni go przed nagłą śmiercią. Uwolni jego duszę od kar wiecznych. Człowiek ten otrzyma wszystko, o co poprosi Pana Boga i Najświętszą Pannę. Jeśliby ktoś żył zawsze według woli Boga i musiałby umrzeć przedwcześnie, życie jego zostanie przedłużone. Ktokolwiek zmówi te modlitwy, uzyska za każdym razem odpust cząstkowy. Człowiek ten otrzyma zapewnienie, że cieszyć się będzie szczęściem chórów anielskich. Każdy, kto by innych nauczył tych modlitw, nie będzie nigdy pozbawiony radości i zasługi, ale one trwać będą wiecznie. Tam, gdzie odmawia się te modlitwy, Bóg jest obecny swoją łaską. W końcu przyszedł czas, gdzie zacząłem odmawiać tą modlitwę dokładnie roku, wiem, ponieważ zapisałem sobie, warto sobie zapisać i pamiętać o swoim celu. Już w trakcie modlitwy Pan Bóg przemieniał moje serce, byłem bardziej otwarty, rozmawiając o wierze i czułem pokój w sercu. Dowiedziałem się wówczas, że moja mama również odmawiała kiedyś tę modlitwę i upominała, że nie można jej przerywać, jeśli ją odmawiamy. Trzeba modlić się codziennie. Kiedy też podarowała tę modlitwę mojej babci, ona również ją odmawiała. Spowiedź z całego życia Modlitwa odmieniła moje serce, czułem ogromne pragnienie spowiedzi z całego życia. Przygotowałem sobie kilka rachunków sumienia, aby przypomnieć wszystkie swoje grzechy, niektóre z nich nosiłem od dawna, niektóre uważałem, że może nie są grzechem, ponieważ nie byłem ich świadomy jako małe dziecko, ale wiedziałem, że chce je wszystkie wyznać Jezusowi w konfesjonale. Spisałem sobie również te grzechy na czystą kartkę A4 i uwierzcie mi, że zapisałem ją z dwóch stron małym drukiem. Było ich tak dużo, że zastanawiałem się, czy nie umówić się z księdzem na spowiedź generalną na inny dzień. Ale nic, pomyślałem, że pójdę i powiem księdzu, a on zapewne sam zdecyduje. Bałem się bardziej niż zwykle przed spowiedzią, jak ksiądz zareaguje, jak ja to wszystko przeczytam z tej kartki, ile ludzi będzie się na mnie patrzyło, co ja tak długo robię. Przełamałem się i ustawiłem się przy konfesjonale, gdy inni stawali za mną spanikowałem, bo pomyślałem, że nie starczy Mszy Świętej dla innych na spowiedź, jak ja zajmę kolejkę. Ustawiłem się z powrotem z boku i obserwowałem, ile podchodzi osób do spowiedzi. Okazało się, że były chyba tylko dwie osoby, więc od razu za nimi podszedłem do konfesjonału, aby wyznać przed Jezusem swoje grzechy. W trakcie spowiedzi jak czytałem grzechy z kartki, czułem jak do mojego serca wlewa się ciepło, wrzątek byłby nawet lepszym określeniem, który nie sprawiał mi bólu. Wyspowiadałem się, jestem bardzo szczęśliwy, że oddałem życie Jezusowi i wyznałem Mu wszystko. Wspólna modlitwa z żoną i dom Niedługo po tym jak zacząłem odmawiać 15 Modlitw namawiałem również do tego żonę. Może po tygodniu, dwóch tygodniach odmawialiśmy ją już razem. W swojej modlitwie kierowaliśmy do Boga prośby, aby było nam dane wybudować dom (mieszkaliśmy i mieszkamy póki co z rodzicami). W ciągu tego roku Pan Bóg nas wysłuchał i pomógł nam zgromadzić sumę, jaka pozwoliła myśleć o budowie domu. Wybudowaliśmy 230-metrowy dom bez kredytu na działce, którą otrzymaliśmy od rodziców. Jak dla nas jest to ogromny sukces i wiem, że to zasługa Boga. On nam pozwolił zarobić pieniążki i odkładać znaczne sumy i zrealizować ten cel. Jest on w stanie surowym otwartym, czyli bez drzwi i okien, ale niedługo będziemy mieli również okna. Nie ukrywam, że pomogli nam również rodzice (ile oczywiście było ich stać). Nie pochodzimy z bogatych rodzin i nie zawdzięczam tego sukcesu sobie, a Panu Bogu. Każdy, kto się do Niego modli, otrzyma to w odpowiednim czasie, kiedy Pan Bóg o tym zdecyduje pod warunkiem, że nie zagraża to naszemu zbawieniu. Musimy zawsze ufać Bogu, bo tylko On wie, co jest dla nas najlepsze. Zmiana pracy Odkąd odmawiałem tą modlitwę Pan Bóg działał również cuda w moim życiu osobistym. Ułożył sprawy w taki sposób, że z innej pracy odchodził dobry informatyk, a ja otrzymałem propozycję pracy na jego miejsce. Pracy za stawkę podwójnego wynagrodzenia jak dotychczas. Oczywiście odebrałem to jako plan Boży i przed decyzją prosiłem Boga, aby dał mi znak, jeśli miałbym nie zmieniać pracy. Zmieniłem. Pracowałem w nowej pracy rok i 3 miesiące. Była to praca oddalona o 12 km od mojego miejsca zamieszkania, ale wszystko, oczywiście, mi się opłacało. Po roku i 3 miesiącach okazało się, że z innej pracy bliżej mnie odchodzi osoba pełniąca funkcję kierownika i jednocześnie informatyka. Zostałem zaproszony na rozmowę i ponownie zmieniłem pracę ze względów finansowych oraz dlatego, że jest bliżej. Powiedziałem w sercu Bogu, że jeśli nie chce, abym zmieniał tą pracę to, żeby sprawił, że się nie uda (mogło tak być, ponieważ obowiązywało 3-miesięczne rozwiązanie umowy). Pracę zmieniłem, jestem bliżej rodziny i jestem szczęśliwy. To również zasługa Boga. Syn Pewnej niedzieli będąc oczywiście w stanie łaski uświęcającej, poszedłem do komunii. Gdy wróciłem, przypomniałem sobie to, co Pan Jezus mówił mistyczce Caterinie Rivas -Tajemnica Mszy Świętej: cyt: "(...)Pan powiedział: "Słuchaj". Chwilę później usłyszałam modlitwę siedzącej przede mną kobiety, która właśnie przyjęła Komunię św. Jezus powiedział smutnym głosem: "Zanotowałaś jej modlitwę?" Ani razu nie powiedziała, że mnie kocha. Ani razu nie podziękowała mi za dar, jaki jej dałem, zniżając swoją Boskość do jej biednego człowieczeństwa, po to, by przyciągnąć ją do siebie. Ani razu nie powiedziała: »dziękuję Ci, Panie«. To była litania próśb. I tak robią prawie wszyscy, którzy przychodzą mnie przyjąć. Umarłem z miłości i zmartwychwstałem. Z miłości czekam na każdego z was i z miłości zostaję z wami... Ale wy nie zdajecie sobie sprawy z tego, że potrzebuję waszej miłości. Pamiętajcie, że jestem Żebrakiem miłości w tej wzniosłej godzinie dla duszy". " Podziękowałem Jezusowi i powiedziałem, że Go kocham. Przeszła mnie również myśl, że chciałbym mieć dziecko, taką małą miłość Bożą, która, by była w naszej rodzinie. Ani moi rodzice ani też teściowie nie byli dziadkami, a bardzo chcieli być, bo mówili to często chociażby przy składaniu życzeń świątecznych. Nie zabezpieczaliśmy się, lecz moja żona nie mogła zajść w ciążę. Słyszała też na wizytach u ginekologów, że będzie miała problem z zajściem w ciążę lub utrzymaniem ciąży przez swoje sprawy kobiece. Nie odczuwaliśmy wcześniej z żoną, że chcemy mieć dziecko. Nie staraliśmy się o to specjalnie. W tym momencie po Komunii Świętej pomyślałem również, że jeśli Pan Bóg by chciał podarować nam dziecko, byłbym bardzo szczęśliwy. Nie ma bowiem rzeczy niemożliwych dla Boga jak w Piśmie Świętym jest napisane: "(...)A oto również krewna Twoja, Elżbieta, poczęła w swej starości syna i jest już w szóstym miesiącu ta, która uchodzi za niepłodną. Dla Boga bowiem nie ma nic niemożliwego». (...)" Pomyślałem, że jeśli jest wola Boga, abyśmy nie mieli dzieci rozumiem to, natomiast jeśli Pan Bóg chce obdarzyć nas potomstwem i okaże się, że będzie to syn nazwę go Gabriel na część Archanioła Gabriela i Chwały Pana Boga. Tak zakończyła się moja rozmowa z Pan Bogiem po Komunii Świętej. Nie mówiłem o tym żonie, nie rozmawialiśmy o dziecku w ostatnim czasie. Gdy dochodził już koniec dnia (około 22:00) moja żona wróciła z pracy (praca w gastronomii) i przyszła do mnie, oznajmiając, że robiła test ciążowy i chyba jest w ciąży. Miałem łzy w oczach. Tak Bóg zdziałał cud w moim życiu. Jeśli byłby syn, już wiedziałem, jakie imię otrzyma. Jestem przeszczęśliwy. Słowa lekarzy, że będzie ciężko donosić ciążę również się nie sprawdziły, bo żona urodziła dwa tygodnie po terminie synka Gabriela. Jest to wspaniały zdrowy chłopczyk, silny i bardzo dobrze się rozwija. Wszystko to zasługa Pana Jezusa, że mnie wysłuchał, pokazał mi namacalny cud w moim życiu, swoją obecność przy nas. Chwała Panu Bogu! Chwała Jezusowi Chrystusowi!
….w kościele mam Cię szukać? Zapytałem. Ci księża są tacy… no, wiesz jacy… nie lubię ich, denerwują mnie, zawiodłem się na nich. Jezus: Choćby wszyscy kapłani na świecie cię zawiedli, wiedz, że Ja Jestem najwyższym kapłanem, a Ja nigdy nie zawodzę. Za kapłanów się módl, bo są ukochanymi duszami Moimi. Wiedz, że mają dwa razy więcej pokus niż Ty. […] Kilka dni później wyraźny głos w myślach moich powiedział mi: – Idź, przeproś księdza, z którego się wyśmiewałeś. – Panie, o tym też wiesz? Zapytałem. Nie, nie pójdę. Jest mi wstyd iść do niego. Przecież on nie wie, że się z niego naśmiewałem i drwiłem. Nie było go przy tym. – Idź, przeproś księdza. Kilkakrotnie Pan powiedział. Nie dawał mi spokoju. Głos ten słyszałem nawet w łazience. I tam właśnie znowu się zapierałem, że nie pójdę, nie chcę, nie umiem, słaby jestem, wstyd mi iść do prawie nieznajomego księdza i go przepraszać. Jezus bez słów, w myślach, w mojej głowie powiedział. – Jakbyś wiedział, jak mi było wstyd, wisząc na krzyżu. Myślisz, że byłem ubrany? Otóż nie, byłem całkiem nagi. Wstydziłem się, ale zrobiłem to dla ciebie…. Syn umiłowany Chciałbym podzielić się z wami moim świadectwem. Jak to Bóg przyszedł do mnie. Urodziłem się w rodzinie uważanej za katolicką. Otrzymałem wszystkie sakramenty. Od dzieciństwa Bóg był mi przedstawiany jako sędzia, który karze za nasze złe uczynki, a za dobre wynagradza. Budził we mnie bardziej lęk, aniżeli miłość, bo nigdy od Niego nic dobrego nie dostałem (tak mi się wtenczas wydawało), a życie moje nie było szczęśliwe. Raczej zawsze próbowałem się przed Nim chować, a nie szukać Go. Często bałem się Boga spotkać, aby przypadkiem czegoś mi nie kazał albo czegoś nie zabronił. Bo wiadomo, jak mi coś będzie kazał zrobić, to będzie się to wiązało z jakimś wyrzeczeniem, dyskomfortem, a wtedy raczej pogorszy mi się w życiu, a nie polepszy. Odkąd pamiętam, mój ojciec nadużywał alkoholu. Często z tego powodu wybuchały w domu kłótnie, awantury. Będąc w wieku około 5 lat, przyglądałem się rodzinom moich rówieśników z tak zwanych „normalnych” rodzin i zapragnąłem mieć właśnie taką kochającą się rodzinę. Babcia mówiła mi, że Bóg może spełniać nasze prośby, więc prosiłem go sercem dziecka, aby ojciec przestał pić, aby nie było kłótni w domu, aby tata był ze mną, abym był kochanym dzieckiem. Niestety, po paru moich modlitwach zobaczyłem, że nic się nie zmienia: ojciec jak pił, tak pije, bieda – jak była, tak i jest itd. Wniosek przyszedł szybko: Bóg mnie nie słucha. Bóg nie spełnia próśb, Bóg się mną nie interesuje, Bogu też na mnie nie zależy. Bóg jeśli jest, to mało go obchodzę. Muszę sobie radzić w życiu sam i nikogo nie potrzebuję. Komunię Świętą i sakrament bierzmowania przyjąłem bez wiary, bez wewnętrznej potrzeby oraz wiedzy, o co tak naprawdę chodzi w przyjmowaniu sakramentów. Inni je przyjmowali, to ja też, właśnie żeby nie być innym. Lecz moje serce wcale do Boga się nie zbliżyło, a przynajmniej tego nie odczułem, i zdanie o Nim pozostało podobne jak w dzieciństwie. Jeśli chodziłem do kościoła, to pod przymusem katechety, mamy, nakazu, bojaźni przed karą Bożą, a nie z własnego wyboru. W kościele czasem byłem (dla tradycji), ale na Mszy Świętej raczej myślami, duchowo nieobecny. Sąsiedzi uważali nas za katolicką rodzinę. Tak mijały lata bez Boga, bez spowiedzi. Ożeniłem się, mamy dwójkę dzieci. Pracując zawodowo, układało się nam wspaniale, ale do czasu. Spotkałem kiedyś człowieka z innej kultury, który zapytał się mnie, czy wierzę w Jezusa i czy jestem katolikiem. Trochę zaskoczony pytaniem, trochę przestraszony, na dwa pytania odpowiedziałem negatywnie – zaparłem się Boga. Po chwili pomyślałem, ale „ze mnie żenada”, nawet nie przyznałem się, że jestem ochrzczony, po Komunii, bierzmowany, mam ślub kościelny. I od tej chwili, od tamtego momentu z perspektywy czasu dostrzegam, że Jezus wziął się za mnie. Wspaniałą pracę, którą miałem od kilku lat (prestiżową, dobrze płatną i nie męczącą), straciłem w jednej chwili (podczas nieobecności urlopowej). W gospodarstwie domowym zaczęło nam brakować pieniędzy. Aby żyć na dotychczasowym poziomie, postanowiłem rozpocząć własną działalność gospodarczą, zaciągnąłem ogromny kredyt, którego nie mogliśmy spłacić z dochodów firmy. Po czasie pieniądze się skończyły, obrót w firmie był marny, ogromny dług został. Nie widziałem wyjścia z sytuacji, nawet małego światełka. Pewnego wieczoru kupiłem alkohol, aby się upić. Miałem nadzieję, że smutki może staną się lżejsze do zniesienia. W domu byłem wtedy sam, drzwi były zamknięte. Po upiciu się, w mojej głowie pojawiały się myśli koszmarnie złe. Zły duch zaczął mi przypominać wszystkie tragiczne momenty w moim życiu. Jakby patykiem rozdrapywał zagojone, zapomniane rany. Przypominał sytuacje z mojego życia, aby pokazać, jaki jestem: do niczego, nie kochany, wyśmiewany, nie potrafiący wyżywić rodziny, niechciany, nic dobrze nie potrafiący zrobić, bez talentów, jedno wielkie dno, nie zasługujące na czyjąkolwiek miłość lub szacunek. I ja w głębi serca przyznawałem temu rację. Powodowało to ogromny ból, ból mojej duszy, taki ból, że jedyną ucieczką od niego wydawała się śmierć, a właściwie pewność, że śmierć to najlepsze rozwiązanie. Zacząłem robić wyrzuty Bogu, bez nadziei, że mi odpowie. – Dlaczego moje życie jest takie popaprane? Nie takie, jak mają inni, nie takie jakbym chciał, zawsze pod górę. Nie było odpowiedzi. Po około godzinie takich rozmyślań i płaczu byłem zdecydowany. Wstałem z wersalki i poszedłem do kuchni, aby poszukać sznurka, paska, może odkręcić gaz. Wiedziałem, że nie chcę żyć. Miałem 38 lat (tyle, ile ten człowiek, przy sadzawce Betesda). Była sobota około godziny 23:00. W drodze z pokoju do kuchni zrobiłem kilka kroków. I nagle – Wszechogarniający pokój… Jest mi tak bezpiecznie, niczego się nie boję. Potężny ocean Miłości ogarniał moją duszę i wlewał się do niej. Światłość niepojęta, wszędzie, biała, tak ogromna, że powinna razić, a nie raziła, parzyć, a nie było mi wcale gorąco. Było mi tak dobrze. W życiu nie było mi tak dobrze. Wiedziałem już, moja dusza wiedziała (mimo, że byłem przed sekundą pijany, dusza moja była trzeźwa): To Ty jesteś, Jezu, (stwierdzenie ze zdziwieniem). Istniejesz naprawdę. Pewność, radość. Myślałem, że Ciebie nie ma, może żyłeś kiedyś, ale nie dziś. Nie wierzyłem w Twoje istnienie tu i teraz, wiesz przecież. Już dusza moja wie i pragnie poznawać Ciebie w każdej sekundzie więcej i więcej, chcę o Tobie wiedzieć jak najwięcej, być jak najbliżej Ciebie, w Tobie, poznawać Ciebie. Tu padły słowa, których nie zapomnę do końca życia i jeszcze dłużej. Były to słowa Jezusa: KOCHAM CIĘ (ciepły, męski, spokojny głos). Wielka fala miłości spłynęła na mnie. Poznałem ogrom miłości Boga do mnie. Miłość zalała całą moją duszę. Rozpłakałem się. Łzy wylewały się ze mnie strumieniami (to nie był zwykły płacz, ale rzeki łez). Jezus dał mi zobaczyć swoją duszę. Widzę, stojąc przed Tobą, Jezu, jak nędzna jest dusza moja, jak mała, czarna, skulona, jakby mokra, spleśniała cuchnąca szmata, którą nawet dotknąć przez rękawiczkę bym się brzydził – powiedziałem. Zapytałem Jezusa. – Mnie? Za co mnie możesz kochać? Nędzny, marny jestem, Ty wiesz, jaki jestem. Nie jestem godzien Twojej miłości. Nie jestem godzien kochania. Poczułem uderzenie, strumień miłości bezinteresownej, pełnej akceptacji, bezwarunkowej, za nic, od zawsze i na zawsze. Zobaczyłem małe nierozerwalne strumienie (miłości, opieki) wychodzące ze światła Jezusa do każdego człowieka i poczułem, że Bóg sam opiekuje się każdym człowiekiem i każdego bezgranicznie zna i kocha. Po odczuciu bezwarunkowej wielkiej miłości moje nastawienie do mojej osoby się zmieniło. – Skoro jesteś i mnie kochasz tak wielką miłością i jest mi tak dobrze z Tobą…, to ja już nie chcę sam sobie odbierać życia, nie ma już we mnie takiej woli (jakby nigdy nie było), ale chcę być z Tobą na zawsze, zawsze przy Tobie, zabierz mnie z sobą. Już wiedziałem, że On jest, jest Miłością i najlepiej przecież się zajmie moją rodziną, nie odczuwałem żadnego lęku, żalu, że zostawię bliskich na ziemi. Wręcz przeciwnie cieszyłem się, że Bóg się o nich zatroszczy w najlepszy dla nich sposób. Była chęć odejścia, ale motyw był już inny, nie chciałem odchodzić z tego świata, bo mi tak źle, ale chciałem odejść, bo jest mi tak dobrze z Jezusem. A może nie tyle odejść z tego świata, co wrócić do Ojca, do domu. Bo tam jest mój dom, moje miejsce. Nie jestem z tego świata. Jezus (myśl do mojej duszy. Z Bogiem można rozmawiać bez słów): – Znajdziesz mnie w Kościele i w Moim słowie, nie zostawię cię sierotą, jestem zawsze przy tobie. Teraz wiesz, że Ja jestem zawsze przy tobie i zawsze cię kochałem, kocham i będę kochał. – Ale w kościele mam Cię szukać? Zapytałem. Ci księża są tacy… no, wiesz jacy… nie lubię ich, denerwują mnie, zawiodłem się na nich. Jezus: Choćby wszyscy kapłani na świecie cię zawiedli, wiedz, że Ja Jestem najwyższym kapłanem, a Ja nigdy nie zawodzę. Za kapłanów się módl, bo są ukochanymi duszami Moimi. Wiedz, że mają dwa razy więcej pokus niż Ty. – Panie, widzę swoją duszę i wiem, jaka jest. Ale stojąc przed Tobą w oceanie Twojego pokoju, miłości i światła, ja, nędznik, chcę być z Tobą na wieki. Prowadź mnie do siebie, do wieczności z Tobą. Nie puszczę Ciebie, będę się trzymał… Twojej nogi. Jakbyś chciał pójść gdzieś beze mnie, nie puszczę Cię, choćby cierpienia moje na ziemi były ogromne, muszę być zawsze z Tobą na wieki, muszę, chcę, pragnę. Jezus nie powiedział mi, że mnie nie zabierze, ale dał mi odczuć, jaki będzie mój największy smutek zaraz przed wejściem do nieba. Poczułem, że będzie to smutek powodowany tym, że tak mało istnień ludzkich doprowadziłem do Boga i na tak mało zaistnień ludzi, dzieci, na tym świecie wyraziłem zgodę. Że moja radość nie będzie pełna, jeśli w niebie nie znajdzie się więcej dusz, które mógłbym przyprowadzić do Pana. Radość nie jest pełna, jeśli nie mamy się nią z kim podzielić. Chciałem, aby jak najwięcej dusz cieszyło się ze mną pobytem w niebie. Spotkanie się zakończyło tak nagle jak się rozpoczęło. Nie wiem, ile trwało? Może sekundę, może dwie godziny. Podczas przyjścia Jezusa, wiem, to dziwne, ale nie było czasu. Następnego dnia rano, gdy wyszedłem na ulicę, patrzyłem na twarze ludzi. Próbowałem w ich spojrzeniach dostrzec informacje, że do nich też przyszedł kiedyś Jezus, bo przecież nie jestem wyjątkowy, skoro był i u mnie, to i u nich na pewno. Miałem przekonanie, że do nich też przychodzi, tylko nie mówią o tym fakcie. Chciałem krzyczeć na ulicy z radości, że Jezus jest. Lecz odwagi mi zabrakło. Wahadełko, które miałem z czasów młodzieńczych i niekiedy z niego korzystałem, wyrzuciłem do kanału ściekowego, czułem, że tam jego miejsce. Zacząłem nosić krzyż na piersi, chodzić do kościoła w niedziele i niekiedy w dni powszednie, szukać Jezusa, szukać rozmowy z Nim, tyle chciałem, żeby mi powiedział, wyjaśnił. Z wielkim strachem poszedłem do spowiedzi, ale była ona bardzo krótka i płytka. O wizycie Jezusa w moim domu i w duszy kapłanowi nawet nie wspomniałem. Znowu strach, że uzna mnie za wariata. Wysłuchałem gdzieś w internecie fragmentów „Dzienniczka” Siostry Faustyny. Każdą niedzielną Mszę (przez 4 lata) ofiarowałem za dusze czyśćcowe i prosiłem świętą Faustynę o obecność przy mnie na każdej Mszy Świętej, gdyż bluźnierstwa w mojej głowie i rozproszenia podczas nabożeństw były bardzo silne. Prosiłem dusze czyśćcowe o modlitwę za mnie. Po około 4 latach od opisanych powyżej zdarzeń, podczas Mszy Świętej chciałem coś ofiarować Bogu, Jezusowi (czułem, że tak mało daje od siebie Komuś, kogo kocham). Zacząłem szukać w myślach, co ja mam takiego najcenniejszego, cóż bym mógł ofiarować. Pierwsza myśl – nic nie mam. Za chwilę przyszła odpowiedź. Życie. Wolną wolę. W głowie pojawiła się myśl ze słowami: życie chcesz oddać, śmieciu? Wolną wolę? Spójrz na świętych, jak oni skończyli, w biedzie, zabici, zagłodzeni w celi, odrzuceni, nie rozumiani przez innych, jeden ukrzyżowany głową w dół. Większości się dobrze nie powodziło. Tego chcesz? Wtedy to właśnie powiedziałem szybko, nie rozmyślając nad złym głosem. – Panie, po ludzku to nic nie mam (sławy, bogactwa, urody, wiedzy, umiejętności, talentu, pobożności), ale to, co mam, to oddaję Tobie. Życie i wolną wolę. Niech się dzieje w moim życiu wola Twoja; co chcesz, to rób. Mam umrzeć dziś – dobra. Mam być kaleką – dobra. Mam zwariować albo być uznany za wariata – dobra. Mam być żebrakiem – dobra. Zgadzam się na wszystko. Niech się dzieje wola Twoja. Niech Twój plan, nie mój, względem mojej osoby się realizuje, bezwarunkowo. Oczywiście, daj, Panie, siłę, abym Twoim planom podołał, nigdy nie zwątpił, z Tobą wszystko mogę. Uświadomiłem sobie, że właściwie pierwszy raz prawdziwie się pomodliłem: … bądź wola Twoja… Krzysztof, syn umiłowany Czytaj całość (word): Świadectwo Krzysztofa lub: Uaktualnienie: Krzysztof pisze: Dziękuję za zamieszczenie, proszę tylko dodać jedno zdanie: Po półtora roku urodził mi się syn. Z Panem Bogiem
Katarzyna Supeł-Zaboklicka: 18 lat temu w okolicach miejsca, w którym teraz się znajdujemy, w którym teraz nagrywane jest studio świadectw, działy się rzeczy niezwykłe. To była walka o życie. Pan wołał wtedy o pomoc. Tadeusz Rzepecki „Kowboj”: Tak mam na imię Tadeusz i jestem lat temu, tutaj przy katedrze praskiej, zaczął się cud. Cud, bo dosłownie przywieziono mnie tutaj spuchniętego i bez sił. Zrezygnowany, wlałem w siebie tyle alkoholu, że po prostu umierałem. Chciałem sobie nawet odebrać życie z bólu, wyskoczyć przez okno, bo patrzyłem, że nisko i że blisko jest katedra. Dobry Bóg natchnął mnie, żeby tego nie robić, żeby nie skończyć tak. Prosiłem Go o to, żeby pomógł mi ostatni raz, że już więcej nie będę i przyszedł do mnie. Przyszedł do mnie, bo pamiętam, że w siódmym dniu tego cierpienia przyjechała żona i trzy panie doktor powiedziały, żeby kupiła trumnę dla mnie. Dopiero później dowiedziałem się o tym. Katarzyna Supeł-Zaboklicka: Ale Pan poprosił wtedy Pana Boga o pomoc i powiedział że to już ostatni raz. Ile takich ostatnich razy było? Ile razy obiecywał pan żonie albo bliskim, że już więcej nie wypije? Tadeusz Rzepecki „Kowboj”: Około 40 lat prawie obiecywałem bliskim, w tym żonie około 23 lat. Obiecywałem mamie i obiecywałem siostrom. I myślę, że to był ten punkt zwrotny, gdy ja tak naprawdę na kolanach czołgałem się, bo miałem nogi napuchnięte. Katarzyna Supeł-Zaboklicka: To ile tego alkoholu Pan wypił? Tadeusz Rzepecki „Kowboj”: Około 40 litrów wina. W aptece i szpitalu już nie chcieli mi nic dawać na ból. Przez te 10 dni to chyba 10 nocy nie spałem. Myślę, że może minutę albo po prostu nie pamiętam. Tylko cały czas w męczarniach i nie wiedziałem, co ze sobą zrobić. Myślę, że Jezus wysłuchał moich próśb i przyszedł do mnie, podniósł tak, jak na naszym obrazku Jezus podnosi. Katarzyna Supeł-Zaboklicka: Panie Tadeuszu, ale zacznijmy od początku tej historii. Ile miał Pan lat, kiedy po raz pierwszy sięgnął Pan po alkohol? Tadeusz Rzepecki „Kowboj”: Byłem młodym chłopcem, bo przypominam sobie i pamiętam ten czas, jak mój ojczym umarł. Miałem 8 lat wtedy, a gdy miałem 9 już sięgnąłem po wino patykiem pisane. Katarzyna Supeł-Zaboklicka: Panie Tadeuszu, ale 9 lat to dziecko. Skąd Pan w ogóle wziął alkohol? Tadeusz Rzepecki „Kowboj”: Myślę, że ulica pokazała mi, starsi koledzy. Pracowałem ze Słowakiem na cegielni, zarabiałem pieniądze już w tamtym czasie. I miałem pieniądze i w takich spożywczych sklepach można było kupić. Dawałem pieniądze starszym kolegom. Kupowali mi nawet po 5 zł. Pamiętam, Rybak był po 5 zł. W każdym razie zdobyłem, nie wiem, dwa czy trzy wina wypiłem. I w takim stanie upojenia się znajdowałem. Nie mogłem z niego wyjść. Po prostu straciłem przytomność. przestałem się gdzie ja jestem a byłem mały nie rosły. Tak się zaczęła ta droga. Piwko gdzieś tam, znowu wino przynieśli. Katarzyna Supeł-Zaboklicka: W którym momencie Pan już wiedział, że jest alkoholikiem tak naprawdę? Tadeusz Rzepecki „Kowboj”: Nie widziałem za młodych lat. Na cegielni zarabialiśmy spore pieniądze i żeśmy bawili się i tu w Warszawie, i poza Warszawą, na zabawach, w remisach strażackich. Chodziliśmy na zabawy i ciągle się upijałem. Nie mając 21 lat, w Wesołej denaturat piłem. Przez cebulę go przepuszczaliśmy, żeby kolor on troszkę stracił, ale i tak śmierdział. Nie wiem, w którym momencie się uzależniłem. Myślę, że w młodych latach, ale nie wiedziałem, że to jest choroba. Ja po prostu miałem potężne zdrowie. Katarzyna Supeł-Zaboklicka: Dziś Pan dziękuję Panu Bogu. A przychodziły takie momenty przed wielu laty, że prosił Pan Boga o pomoc? Tadeusz Rzepecki „Kowboj”: Nie prosiłem, mimo że różne konsekwencje ponosiłem za swoje czyny po alkoholu. Dzielnicowy, pamiętam, mówił, żebym pił mleko albo barszcz, a wódkę. A ja sobie piłem i nic z tego sobie nie robiłem. Szaleni wszyscy, ja mam pieniądze, ja zarabiam i kto mi może zabronić. Więc gdy założyłem rodzinę po wojsku, nie wiedziałem o tym, że ja jestem tak ciężko uzależniony, że to jest choroba, a żona też nie zauważyła. Umiałem grać, byłem dobrym aktorem. Byłem i potrafiłem 5-6 miesięcy nie pić, pracować, zarabiać, przynosić pieniądze. Zobacz więcej: Pan Jezus przyszedł i mnie podniósł - świadectwo Tadeusza Rzepeckiego „Kowboja” Salve NET
- Żyjemy w czasach, gdy zdjęcia otaczają nas na każdym kroku, tak więc ta forma mojego świadectwa jest odpowiedzią na współczesne czasy - mówi Joanna Bułak. Joanna Bułak postanowiła ewangelizować nie tylko świadectwem, które możemy usłyszeć, ale które też możemy zobaczyć. Stąd powstała wystawa fotograficzna zatytułowana: „Jak Bóg przyszedł do mnie w zdjęciach”, będąca owocem przeżytych Rekolekcji Ewangelizacyjnych Odnowy. Na co dzień Joanna pracuje w przedszkolu i studiuje terapię pedagogiczną. Fotografia to jej pasja, którą realizuje w Studenckiej Agencji Fotograficznej „Jamnik” w Olsztynie. Jednym z elementów REO jest codzienna medytacja słowa Bożego. - Fotografią interesuje się od dziecka, była obecna w moim domu, a teraz chciałam czas REO uwiecznić w obiektywie. Postanowiłam każdego dnia rano robić jedno zdjęcie, a później rozważać słowo Boże i tak zaczęła powstawać wystawa, czego nie byłam świadoma - wyjaśnia. - Pewnego dnia wyszłam rano do sklepu po bułki, wzięłam ze sobą aparat i o godz. 7 poruszona tym, jak słońce oświetla trawę, zrobiłam zdjęcie. Kilka godzin później siadłam do Pisma Świętego i natrafiłam na cytat: „Dni człowiek są jak trawa; kwitnie on jak kwiat na polu. Ledwie muśnie go wiatr, a już go nie poznaje” (Ps 103,15) - wspomina. Zdjęcie, które jest jej najbliższe powstało następnego dnia. - Bawiłam się kartką, na której był fragment na ten dzień. Kartka ułożyła się w kształt serca, więc chwyciłam za aparat i zrobiłam zdjęcie. Po zrobieniu zdjęcia usiadłam, by przeczytać słowo, a tam: „Gdzie jest skarb twój, tam i serce twoje” - opowiada. Celem przygotowanej przez nią wystawy jest świadectwo spotkania Boga oraz zachęcenie do uczestnictwa w rekolekcjach REO. Składa się na nią 10 zdjęć z fragmentami słowa Bożego. Pierwszy raz można było ją obejrzeć w Ostródzie podczas koncertu ewangelizacyjnego „… by świat usłyszał”. Najbliższe rekolekcje REO w naszej diecezji rozpoczynają się 7 października o godz. 18. w parafii św. Jana Ewangelisty w Bartągu. Więcej o wystawie fotograficznej w „Posłańcu Warmińskim” nr 41/2020. « ‹ 1 › » oceń artykuł
Wstałem z wersalki i poszedłem do kuchni, aby poszukać sznurka, paska, może odkręcić gaz, wiedziałem, że nie chcę żyć. Było około godz. 23. W drodze z pokoju do kuchni zrobiłem kilka kroków. I nagle… Urodziłem się w rodzinie uważanej za katolicką. Otrzymałem wszystkie sakramenty. Od dzieciństwa Bóg był mi przedstawiany jako sędzia, który karze za nasze złe uczynki a za dobre wynagradza. Budził we mnie bardziej lęk aniżeli miłość, bo nigdy od Niego nic dobrego nie dostałem (tak mi się wtenczas wydawało), a życie moje nie było szczęśliwe. Raczej zawsze próbowałem się przed Nim chować, a nie Go szukać. Często bałem się Go spotkać, aby przypadkiem czegoś mi nie kazał, albo czegoś nie zabronił. Bo wiadomo - jak mi coś będzie kazał, to będzie się wiązało z jakimś wyrzeczeniem, dyskomfortem, to raczej pogorszy mi się w życiu, a nie polepszy. Odkąd pamiętam, mój ojciec nadużywał alkoholu. Często z tego powodu wybuchały w domu kłótnie, awantury. Będąc w wieku około 5 lat przyglądałem się rodzinom moich rówieśników z tak zwanych „normalnych” rodzin i zapragnąłem mieć właśnie taką kochającą się rodzinę. Babcia mówiła mi, że Bóg może spełniać nasze prośby, więc prosiłem Go sercem dziecka, aby ojciec przestał pić, aby nie było kłótni w domu, aby tata był ze mną, abym był kochanym dzieckiem. Niestety, po paru moich modlitwach zobaczyłem, że nic się nie zmienia moja sytuacja w rodzinie, ojciec jak pił tak pije, bieda jak była tak i jest itd. Wniosek przyszedł szybko (...). Bóg mnie nie słucha. Bóg nie spełnia próśb. Bóg się mną nie interesuje, Bogu też na mnie nie zależy. Bóg jeśli jest, to mało Go obchodzę. Muszę sobie radzić w życiu sam i nikogo nie potrzebuję. Sakramenty Komunii świętej oraz bierzmowania przyjąłem bez wiary, bez wewnętrznej potrzeby oraz wiedzy, o co tak naprawdę w przyjmowaniu sakramentów chodzi. Inni je przyjmowali, to ja też, właśnie żeby nie być innym. Lecz moje serce wcale do Boga się nie zbliżyło a przynajmniej tego nie odczułem i zdanie o Nim pozostało podobne jak w dzieciństwie. Jeśli chodziłem do kościoła, to pod przymusem ze strony katechety, mamy, nakazu, bojaźni przed karą Bożą, a nie z własnego wyboru. W kościele czasem byłem (dla tradycji), ale na Mszy świętej raczej myślami, duchowo, nieobecny. Sąsiedzi uważali nas za katolicką rodzinę. Tak mijały lata bez Boga, bez spowiedzi. Ożeniłem się mamy dwójkę dzieci. Pracując zawodowo, układało się nam wspaniale, ale do czasu. Spotkałem kiedyś człowieka z innej kultury, który zapytał mnie, czy wierzę w Jezusa i czy jestem katolikiem. Trochę zaskoczony pytaniem, trochę przestraszony, na dwa pytania odpowiedziałem negatywnie (czyt. zaparłem się Boga). Po chwili pomyślałem: „ale ze mnie żenada” - nawet nie przyznałem się, że jestem ochrzczony, po Komunii, bierzmowany, ślub kościelny. I od tej chwili, od tamtego momentu, z perspektywy czasu dostrzegam, że Jezus wziął się za robotę. Wspaniałą pracę, którą miałem od kilku lat (czyt. dobrze płatną i nie męczącą), straciłem w chwilę (podczas nieobecności urlopowej). W gospodarstwie domowym zaczęło nam brakować pieniędzy, aby żyć na dotychczasowym poziomie, więc zaciągnąłem ogromny kredyt, którego nie mogliśmy spłacić. Po czasie pieniądze się skończyły. Nie widziałem wyjścia z sytuacji, nawet małego światełka. Pewnego wieczoru kupiłem alkohol, aby się upić. Miałem nadzieję, że smutki może staną się lżejsze do zniesienia. W domu byłem wtedy sam. Po upiciu się, myśli w mojej głowie stały się koszmarnie złe (ktoś „mi myślał”, czyt. zły duch). Zły zaczął mi przypominać wszystkie tragiczne momenty w moim życiu. Jakby patykiem rozdrapywał zagojone, zapomniane rany. Przypominał sytuacje z mojego życia, aby pokazać, jaki jestem do niczego, niekochany, wyśmiewany, nie potrafiący wyżywić rodziny, niechciany, nic dobrze nie potrafiący zrobić, bez talentów, jedno wielkie dno, nie zasługujące na czyjąkolwiek miłość lub szacunek. I ja w głębi serca przyznawałem temu rację. Powodowało to ogromny ból, ból mojej duszy, taki ból, że jedyną ucieczką od niego wydawała się śmierć, a właściwie pewność, że śmierć to najlepsze rozwiązanie. Zacząłem robić wyrzuty Bogu bez nadziei, że mi odpowie: - Dlaczego moje życie jest takie popaprane? Nie takie, jak mają inni, nie takie, jakbym chciał? Nie było odpowiedzi. Po około godzinie takich rozmyślań i płaczu byłem zdecydowany. Wstałem z wersalki i poszedłem do kuchni, aby poszukać sznurka, paska, może odkręcić gaz, wiedziałem, że nie chcę żyć. Było około godz. 23. W drodze z pokoju do kuchni zrobiłem kilka kroków. I nagle… Wszechogarniający Pokój… /jest mi tak bezpiecznie, niczego się nie boję/
jak bóg przyszedł do mnie